~ 9. ' Krew i piach ' ~


Człowiek jest ludzki w ludzkich warunkach”
- Gustaw Herling-Grudziński

      Nie miałam pojęcia co się właśnie stało. O zaginionej księżniczce Eoween krążyły legendy. Ahita Saltzman była nazywana księżniczką wilkorów, księżniczką Natury. Ponoć matka dziewczyny zabroniła Khalowi Saltzmanowi widywania się z córką, przez co ta uciekła do lasów Fluerindonu gdzie się wychowała. Nikt jednak jej nie widział, ponoć jedynymi istotami z jakimi Ahita rozmawia, bądź ufa to wilkory, tryskiele i wszelkie inne leśne stworzenia, na przykład enty.
      Teraz jednak stała tuż przede mną, żywa legenda właśnie postanowiła ujawnić się światu. Z dumnie uniesioną głową patrzyła na ojca z pogardą. Wszyscy byli zszokowani i jakby zaczarowani, zamarli w bezruchu nie wiedząc co się dzieje. Dlaczego zaginiona córka Lorda żywi do niego taką nienawiść? Czułam, że słyszane o niej legendy kryją w sobie kłamstwo.
      - Jakiś problem ojcze? Nagle zaniemówiłeś?! - krzyknęła do Lorda, który nadal nie był w stanie się poruszyć, ani odezwać.
      - A..Ahita? - wybąkał Ian Saltzman, który znikąd pojawił się u boku ojca.
      Dziewczyna nawet na niego nie spojrzała. Wpatrzona była w Lorda Powietrza, którego karciła wzrokiem. Patrzyłam na nią przerażona, jej przepełnione nienawiścią oczy sprawiały, że włosy jeżyły się na głowie. 
      - Nie wahaj się tak, ojcze. Wyznaj synowi prawdę – wycedziła nadal nie patrząc na Iana.
      Cathaniel podszedł do mnie i pomógł mi wstać. Szybko obejrzał moje ciało, żeby sprawdzić, czy nic mi nie jest. Szybko złapał mnie za ramię przybliżając do siebie, po czym spojrzał na Ahite, Iana i Khala Saltzmana, najwyraźniej nie miał pojęcia co się dalej wydarzy i był tak samo przestraszony jak ja.
      - Jak śmiesz.. - Lord Powietrza potrząsnął w końcu głową, uspokajając się.
      Spojrzał na swoje buty, a potem podniósł wściekły wzrok na córkę.
      - Na co czekacie do cholery?! Atakować ją! - wrzasnął świdrując wzrokiem straż.
      Nikt jednak nie chciał ingerować w całą sytuację. Pożar ustał, wilkory stały, bądź siedziały w miejscu nie robiąc nikomu krzywdy, a co najważniejsze – nikt nie wiedział co tak naprawdę ukrywa Lord Saltzman i czemu jego córka go tak nienawidzi. Większość bała się ruszyć mogąc stać się posiłkiem dla wilkorów, zaś reszta była zwyczajnie ciekawa rozwoju wydarzeń i usłyszenia na własne uszy prawdziwej historii.
      - Jesteś żałosnym władcą idiotów i amatorskich błaznów. Z nikim się nie liczysz, tak jak nikt nie liczy się z tobą – powiedziała podśmiewając się i zrobiła krok do tyłu. - Gadaj jak było naprawdę. Niech wszyscy w końcu usłyszą prawdę!
      - Na wszystkich Bogów, co tu się dzieje?! - nagle z Domu Czterech Żywiołów wyszła Lady Aurantiaco.
      Wszyscy od razu na nią spojrzeli. Straż ruszyła biegiem w jej kierunku, by zabrać ją z powrotem do środka, lecz ta odmówiła, widząc Ahitę i Khala. Dziewczyna od razu odwróciła się z stronę Irene i ukłoniła się, co wszystkich wyraźnie zszokowała.
      - Pani Aurantiaco.. Pani jako jedyna z tych wszystkich tu władców zasługuje na szacunek – odpowiedziała na jej pytający wzrok.      Lady Ziemii nie pozostała dłużna. Spojrzała na dziewczynę ciepło i z lekkim uśmiechem również się ukłoniła.
      - To jest kpina! Irene jak możesz kłaniać się przed czymś takim?! - wrzasnął oburzony Khal.
      - Kpiną jest to jak traktujesz swoje dzieci, Khalu Saltzmanie – odpowiedziała z pogardą Lady Irene.
      - W takim razie gdzie jest twój syn, droga Irene? - zapytał złośliwie Khal.
      - Dość! Dość tego! Masz wszystko wyśpiewać, teraz! - przerwała rozmowę Ahita, wyciągając zza pasa sztylet i kierując go w stronę Lorda.
      Właśnie, Klaus. To o nim mówił Saltzman. Gdzie on jest? Przeżył? Zaczęłam rozglądać się po dziedzińcu i okolicy w poszukiwaniu przyjaciela, lecz nie mogłam go dostrzec. Zaczęłam panikować, co zauważył Cathaniel. Spojrzał na mnie od razu wyczytał z twarzy moje przerażenie. Uśmiechnął się blado i z ust jego warg wyczytałam tylko „Przeżył, nic mu nie jest”. Starałam się uwierzyć mu na słowo i się uspokoić, żeby nie zwracać na siebie uwagi.
      - Powiedz, no powiedz jak dowiedziałeś się, że będziesz miał córkę – bękarta! Jak trzymałeś w zamknięciu moją matkę, a kiedy przyszłam na świat porzuciłeś mnie w lasach Fluerindonu, a matkę sprzedałeś łowcom niewolników! No powiedz! - Ahita zaczęła krzyczeć i płakać.
      Nie była w stanie się opanować. Łzy spływały po jej policzkach, lecz wściekłość i chęć zemsty nie zniknęły z jej twarzy. Trzymała przed sobą sztylet, którego czubkiem dotykała już piersi Khala. Ten jednak stał niewzruszony. Dumnie podniesiona głowa do góry wyraźnie pokazywała jego spokój i poczucie wyższości. Nie dał się zastraszyć, nie okazywał też skruchy. Dało się wręcz ujrzeć lekki uśmiech, gdy zobaczył, jak jego córka zaczyna tracić kontrolę i pogrążyła się w płaczu, a jej ciało zaczęło się trząść.
      - Zostawiłem cię, bo twoje istnienie było mi niewygodne – prychnął.
      - Zgnij więc w Diverij, twoja śmierć będzie wygodna dla wszystkich! - wrzasnęła i zamachnęła się. 
      Ahita chciała już wbić sztylet w ojca, lecz ten odskoczył i szybko krzyknął do straży. Ci rzucili się Lordowi na ratunek. Jeden z nich stał tuż przy dziewczynie, lecz kiedy chciał przeciąć jej ciało mieczem, niespodziewanie rzucił się na niego Dustin Griffin. Nie miałam pojęcia co on wyprawia, przecież mógł być za to stracony. I tak jak przypuszczałam, inny strażnik odciągnął chłopaka, po czym mocno przygwoździł go do ziemi. Ahita wykorzystała okazję i szybko wskoczyła na wielkiego wilkora. Zawyła i razem z całą watahą zaczęła uciekać do lasu.
      - Za nimi, ale już! Wybić wszystkie wilkory i przynieść mi jej głowę! - krzyknął Khal do strażników i swoich wojowników, którzy pobiegli po konie i ruszyli w ślady jego uciekającej córki.
      Nastała cisza. Nic, tylko stuk kopyt, który z każdą chwilą słabł. Nikt się nie odzywał, ani nie ruszał. Nie wiedzieliśmy co robić, co mówić i jak się zachować. Khal wyglądał teraz na człowieka, który byłby w stanie zabić za samo odchrząknięcie. Dustin jednak się tym nie przejmował, bo wyginał się i rzucał chcąc uwolnić się ze ścisku strażnika. Przykuł uwagę Saltzmana, który po lekkim uspokojeniu się, przypomniał sobie o nim.
      - Żądam, żeby to łajno zdechło, zrozumiałeś Marcusie?! Ma zdechnąć za zdradę, jeszcze tej nocy! - krzyknął i spojrzał w stronę Marcusa Hyacintho.
      Ten jednak tylko zerknął na Khala wymijająco, później na Williama, po czym odwrócił się na pięcie i wszedł do Domu. William szybko odchrząknął i stanął przed Saltzmanem. Skinął głową i spojrzał mu w oczy spokojnie.
      - Wybacz Lordzie Saltzmanie, są to jednak moi trybuci, to ja za nich odpowiadam i wymierzam kary. Tradycja jednak nie pozwala mi, by w ten dzień wysyłać kogokolwiek na egzekucję – powiedział najspokojniej jak potrafił.
      - Gdzieś mam tradycje, gdzieś mam do kogo należy ten szczeniak. Chce, żeby zdechł!
      - Oczywiście, musi on ponieść karę. Czy dwadzieścia batów Lorda satysfakcjonuje? - zapytał wyraźnie zniesmaczony Lannister.
      - Dwadzieścia, a to dobre! - zaśmiał się groźnie Khal. - Pięćdziesiąt. Tej nocy! Chce rano widzieć, jak wygina się z bólu, a rany na jego brudnych plecach otwierają się na nowo z każdym ruchem! Zrozumiano?! - wrzasnął, po czym zarzucił koniec swej szaty przez ramię i w towarzystwie strażników zaczął iść w stronę Domu.
      William szybko podszedł do Dustina i pomógł mu wstać. Ten jednak był wściekły i odepchnął wojownika. Rozszarpał swoją koszulę i zaczął iść w stronę obozu, a zaraz za nim ruszył Lannister.
      - Zrozum, gdybym pozwolił oddać cię w ręce jego ludzi, torturował by cię i spotkałaby cię znacznie gorsza kara niż kilkadziesiąt batów – powiedział cicho Will, gdy przechodzili obok nas.
      Griffin jednak był wyraźnie zdenerwowany, wściekły i nie chciał go słuchać. Patrzyłam jak znikają w ciemności. Łzy napłynęły mi do oczu, gdy wyobraziłam sobie karę, jaką zaraz miał odbić Dustin. Wtedy zobaczyłam Klausa i Aleca, którzy za nim pobiegli. Byłam załamana i nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Całe zbiegowisko zaczęło iść w stronę obozowiska, chcąc zobaczyć wymiar kary. Dziedziniec zaczął pustoszeć, a ja nadal stałam w osłupieniu, a obok mnie Cathaniel. Zostaliśmy tylko my i kilku wojowników zbierających poległych trybutów.
      - Muszę tam iść – powiedziałam nagle i zaczęłam iść w kierunku tłumu, który teraz zbierał się na środku obozowiska.
      - Nie, Aryo proszę. Nie chcesz, nie możesz oglądać takich rzeczy! - zaprotestował Cathaniel.
      - Jestem trybutem, własnością Hyacintho. Na wojnach jakie mi przyjdzie przeżyć będę widziała znacznie straszniejsze obrazy niż biczowanie, Cathanielu – powiedziałam patrząc mu w oczy.
      Widziałam, że chce mnie zatrzymać, lecz dobrze wiedział, że mnie nie przekona. Pozostało mu tylko zagryźć wargi i iść razem ze mną. 
      Dustin miał przywiązane ręce do drewnianego pala, wbitego w ziemię na środku obozowiska. Na początku stał o własnych siłach, lecz po pierwszych dziesięciu batach stracił wszelkie siły. Ciało bezwładnie wisiało. Wierzgało się jedynie dostając baty, lecz z każdym uderzeniem coraz słabiej. Chłopak nie krzyczał, nie błagał o litość. Był zbyt dumny i zbyt pewny siebie, by zniżyć się do takiego zachowania. Nie mógł jednak zapanować nad bólem, przez który twarz wykrzywiała się grymasie, a ciało wiło się. Panowała cisza, którą co jakiś czas przerywało uderzenie bicza o plecy i pękająca na nich skóra. Rany były okropne, głębokie i rozległe. Całe plecy szybko stały się mokre i czerwone od krwi i potu. Alec patrzył na cierpienie brata bezsilnie. Gdy chciał podbiec i mu pomóc, strażnicy zatrzymali go w żelaznym uścisku. Nie mógł nic zrobić, przerwać tego wszystkiego. Był skazany na obserwowanie chłosty brata. Ja stałam dalej, zobaczyłam tylko jedno uderzenie, które było już którymś z kolei. Szybko jednak odwróciłam wzrok i wtuliłam się w Cathaniela. Miał rację, nie chciałam tego widzieć, ale musiałam tu być. Nie chciałam zostawić Dustina samego, wśród pijanej chołoty, dla której taka sytuacja była wspaniałą rozrywką. Nie, chciałam żeby wiedział i czuł obecność moją, Aleca i Klausa, choć pewnie nie to było dla niego teraz najważniejsze, a moje rozumowanie było głupie i naiwane.
      - Chodźmy stąd, błagam cię – szepnął Cathaniel, który nie był w stanie ani razu spojrzeć na to co dzieje się z Griffinem.
      Skinęłam głową, nie będąc w stanie wymówić żadnego słowa. Denerith objął mnie ramieniem i zaczęliśmy iść w stronę mojego namiotu. Był pusty, pewnie Nya i Gwen są wśród tamtego tłumu. Przez chwilę je za to karciłam, ale po chwili zaczęłam cieszyć się, że mogę posiedzieć tu w spokoju, sama z Cathanielem. Usiadłam na ziemi i schowałam twarz w dłonie starając się unormować oddech. Elf zajął miejsce zaraz obok mnie. Nie odzywaliśmy się, przez co w namiocie dało się słyszeć ciche echo uderzeń bicza. 
      - Aryo, może zabiorę cię na klif? 
      Nie odezwałam się. Nie chciałam już nigdzie iść, uciekać. Miałam ochotę zasnąć, tu i teraz i nigdy się nie obudzić. Moje życie było takie spokojne, takie normalne. Teraz jestem tutaj, widzę ludzi, istoty i sytuacje, których nigdy nie powinnam widzieć. Przez ten krótki czas byłam świadkiem takiej ilości śmierci, jakiej nie byłam przez te wszystkie lata swojego życia. Miałam dość wszystkiego. Zaczęłam żałować, że stanęłam w obronie zielarki, mimo że była niewinną, a przede wszystkim bliską mi osobą. Przestałam już siebie poznawać i zrozumiałam – to miejsce zmienia ludzi. Stają się bezwzględni, zaczynają myśleć tylko o sobie i o swoim życiu, o przetrwaniu. Tym właśnie sposobem zostają idealnym materiałem na wojownika, bo dopuszczą się każdego czynu, byleby mogli przeżyć. Oni i tylko oni.
      - Aryo?
      - Zabij mnie Cathanielu, szybko i bezboleśnie. Albo uprowadź, zabierz daleko stąd. Proszę.. Chce być z dala od śmierci, wojny i tylu bezwzględnych i okrutnych istot – wyszeptałam i zaczęłam płakać. 
      Denerith nie powiedział nic. Przybliżył się tylko i objął mnie mocno. Drugą ręką zabrał moją dłoń i zaczął ją gładzić opuszkami palców. Emanował opanowaniem i spokojem, którym zaczął mnie powoli zarażać. Wciągnęłam powoli powietrze powstrzymując kolejne łzy. Spojrzałam na Cathaniela. Patrzył na mnie z troską i lekkim uśmiechem. Odwzajemniłam gest, po czym zamknęłam oczy i oparłam głowę o jego ramię. Poczułam zapach kwiatów. Emocje opadły, przestałam myśleć o tym co mówiłam, o tym o czym myślałam. Teraz wyobrażałam sobie siebie, stojącą w długiej, białej sukni na środku jednego z mostków w Dellen, obserwującą otaczające mnie piękno i bogactwo natury. Stojącą, zachwyconą i szczęśliwą u boku Cathaniela. 

      Obudziłam się następnego dnia z bólem głowy. Rozejrzałam się po namiocie, lecz nikogo w nim nie było. Nikogo, prócz Dustina. Leżał na brzuchu i chrapał. Na plecach miał rozłożone przesiąknięte już krwią opatrunki. Nie mogłam znieść tego widoku i wspomnienia wczorajszej sytuacji.
      - Niedawno zasnął. Chodź, zostawmy go – usłyszałam za sobą głos Aleca.
      Odwróciłam się w jego stronę. Był ubrany w strój do ćwiczeń, włosy miał mokre od potu. Najwyraźniej uciekł na chwilę ze szkolenia, żeby zmienić opatrunki bratu. Ku mojemu zdziwieniu, zza pleców Griffina wyszła Gwen. Dziewczyna przywitała mnie bladym uśmiechem, po czym podeszła do śpiącego Dustina. Obejrzała go szybko, a jej twarz wykrzywiona była w grymasie.
      - Jeśli teraz to zrobię, obudzi się i długo nie będzie mógł znowu usnąć. Obłożę go tylko i przyjdę później, tak będzie dla niego lepiej – szepnęła patrząc na Aleca, który westchnął.
      - Niech tak będzie – odpowiedział. - Dziękuję – rzucił i wyszedł z namiotu a ja zaraz za nim.
      Szliśmy w ciszy. On najwyraźniej nie chciał rozmawiać, a ja nie miałam pojęcia co powinnam powiedzieć. Alec kierował, byliśmy już prawie przy zbrojowni, najwyraźniej chciał, żebym towarzyszyła mu w treningu. Patrzyłam na niego i widziałam ból w oczach.
      - Alec, ja nie wiem co ja mam... - zaczęłam, lecz nie dane mi było skończyć.
      Chłopak szybkim ruchem obrócił się i mocno we mnie wtulił. Czułam, jak łzy z jego policzków odbijają się o moje ramiona. Instynktownie odwzajemniłam uścisk i zaczęłam głaskać go po głowie.
      - Wyjdzie z tego, zobaczysz – szepnęłam i ucałowałam jego polik.
      Griffin powoli się uspokajał. W pewnej chwili podniósł głowę z mojego ramienia i spojrzał mi prosto w oczy. Chwilę tak staliśmy, po czym potrząsnął głową i odsunął się. Wytarł niezgrabnie twarz ręką i zaczął znowu iść do zbrojowni. Ja dopiero po jakieś chwili ocknęłam się i ruszyłam za nim. 
      Po całym dniu walk i szkoleń w końcu mogłam odpocząć. Nie chciałam wracać do namiotu, wolałam zostawić Dustina w spokoju, tak samo Alec i Klaus, którzy siedzieli przy palenisku przed Domem. Towarzyszyła im Nya i Gwen, która co jakiś czas zaglądała do starszego Griffina. Lordowie nie opuszczali swoich komnat, tak samo jak ich dzieci. Cały dzień nie widziałam też Lannistera, ani Cathaniela. Zrezygnowana poszłam w stronę jednego z wielkich jezior znajdujących się za ścianą lasu. Wiedziałam, że praktycznie nikt tam nie chodzi, a ja potrzebowałam kąpieli po całym dniu wysiłku. 
Jezioro mieniło się w świetle zachodzącego słońca. Otoczone było wysokimi, smukłymi drzewami, które lekko poruszał wiatr. Wokół panowała cisza, którą zakłócał co jakiś czas śpiew ptaków, który z każdą chwilą stawał się coraz cichszy. Rozejrzałam się i upewniłam czy nikogo nie ma w pobliżu. Szybko zdjęłam z siebie ubranie i wskoczyłam do wody. W końcu poczułam się odprężona i spokojna. Unosiłam się na tafli wody z zamkniętymi oczami. Wsłuchiwałam się w dźwięki lasu i starałam się o niczym nie myśleć, lecz niestety za dużo spraw zaprzątało mi głowę. Zaczęło się robić zimno, ale ja nie chciałam rezygnować z takiej chwili. W pewnym momencie poczułam na sobie czyjś wzrok, jakbym była obserwowana. Tak samo czułam się, kiedy Cathaniel czaił się na drzewie, a ja go wyczułam. Uśmiechnęłam się, przekonana, że to znowu był on.
      - Znowu cię zwęszyłam! - krzyknęłam radośnie i zaczęłam płynąć wzdłuż brzegu by znaleźć elfa.
      - Znowu? Byłem tu długo przed tym jak przyszłaś – usłyszałam znajomy głos, lecz nie należał on do Deneritha.
      Przestraszyłam się i kiedy popłynęłam kawałek dalej ujrzałam Williama, siedzącego na brzegu i opierającego się drzewo. Był w samych poszarpanych krótkich spodniach, na szyi zawieszony miał talizman, a w ręku trzymał książkę. Włosy mokre i zmierzwione wskazywały na to, że on także tutaj pływał. Szybko zanurzyłam ciało w wodzie zostawiając nad taflą wody jedynie głowę. Byłam zawstydzona i nie wiedziałam jak się zachować. William jednak szeroko się do mnie uśmiechał.
      - I słabo węszysz. Nawet nie zauważyłaś jak zostałaś okradziona – zaśmiał się cicho i podniósł coś z podłogi, a ja dopiero po chwili zorientowałam się, że to są moje ubrania. - Szpieg byłby z ciebie marny.
      Nie mogłam zrozumieć, czy wojownik ze mnie kpi, czy tylko żartuje. Zauważył chyba moją niepewność, bo zamknął książkę i wstał.
      - Spokojnie, nie miałem złych zamiarów. Zostawię cię samą – powiedział i odwrócił się.
      Dopiero teraz dostrzegłam idealną linię jego kręgosłupa, a także ogorzałe, sprężyste, ale też na swój sposób delikatne mięśnie ramion i pleców.
      -Fa Lannisterze! - zawołałam go, a on odwrócił się zdziwiony. - Dziękuję.. za to co zrobiłeś dla Dustina. Wiem, że nie byłbyś w stanie zdziałać nic więcej.
      - Twój przyjaciel chyba sądzi inaczej – odpowiedział krótko i zaczął iść w stronę obozu zostawiając mnie samą. 
      Nie zostałam długo. Nie czułam się już komfortowo, wiedząc, że miejsce do spędzenia czasu w osamotnieniu jest odwiedzane także przez innych. Zwłaszcza Lannistera, którego zachowanie w poprzednią noc było dość zastanawiające.
      Wyszłam z wody, ubrałam się i przemoczona zaczęłam iść w stronę obozu. Uliczki były puste, nie dało się dostrzec żadnej żywej duszy. Tylko strażnicy chodzący w parach i pilnujących okolice. Ognisko przed Domem zaczynało gasnąć, a krainę oświetlał już tylko blask księżyca i gwiazd, których tej nocy było widać wyjątkowo wiele. Zastanawiałam się, czy wrócić do namiotu, lecz nie byłam jeszcze senna. Chciałam iść na klif, mając nadzieję, że ujrzę Cathaniela, ponieważ był pierwszy dzień, który spędziłam bez jego towarzystwa. Stwierdziłam jednak, że to mimo wszystko elf. Powinien być wśród swoich, z dala od otaczających go tu okropieństw. Nie miał żadnego przymusu do spędzania ze mną czasu, choć ta świadomość mnie raniła, bo zdążyłam się do niego przywiązać.
      Przed Domem nikogo nie było, tylko strażnik Drakaren przyszedł na chwilę, by zwiększyć ogień. Usiadłam więc przed paleniskiem wpatrując się w płomienie. W pewnej chwili poczułam, jak ktoś siada obok mnie, głośno i niezgrabnie opadł na ziemię. To mógł być Cathaniel.
      - Piękna noc, prawda? - usłyszałam niepewny głos Klausa.
      - Powiedz po prostu co masz powiedzieć. Znamy się chyba wystarczająco długo, żeby móc ominąć niepotrzebne i banalne wstępy – powiedziałam nawet na niego nie patrząc, a chłopak przez chwilę milczał.
      - Chciałem z tobą porozmawiać już jakiś czas temu.. 
      - Sporo miałeś tego czasu, nie ukrywam.
      - Jak miałem wcześniej z tobą rozmawiać? - zapytał, a jego ton zmienił się na zirytowany. - Ciągle łaził za tobą ten skrzat!
      Spojrzałam na niego mordując go wzrokiem. Jego zazdrość i to w takiej chwili były bynajmniej nie na miejscu.
      - Po pierwsze, to elf i nazywa się Cathaniel Denerith, powinieneś traktować go z szacunkiem. To on mnie ratował, wspierał i towarzyszył, kiedy ty, mężczyzna z którym spędzałam niegdyś każdy dzień, był zbyt tchórzliwy, by spojrzeć mi w oczy i porozmawiać – wycedziłam i znowu odwróciłam wzrok. 
      - Jesteś niesprawiedliwa – usłyszałam w odpowiedzi.
      Siedzieliśmy w ciszy. Wiedziałam, że moje słowa zabolały Klausa, ale nie mogłam już dłużej znieść jego zachowania. Musiał się opamiętać, żebym mu wybaczyła. Musiałby wrócić dawny Klaus. 
      - Przepraszam, w porządku? Nie chciałem stracić w twoich oczach, które teraz postrzegają mnie jako bezdusznego barbarzyńcę. Stałem się tym, kim obiecałem ci, że nigdy się nie stanę, że mnie nigdy nie złamią i nie zmienią. Myliłem się, to fakt, zawiodłem cię, to też wiem. Chciałbym tylko, żebyś wiedziała, że żałuję – słyszałam, jak załamuje mu się głos więc przerwał. 
      Głośno westchnął i położył coś na ziemi. Wstał i bez słowa odwrócił się i odszedł. Przez dłuższą chwilę nie odwracałam się, nie chciałam tak szybko pokazać mu, że wystarczy kilka zdań, a ja wybaczę wszystko. Zerknęłam w końcu na ziemię, gdzie siedział Klaus. Leżał tam kawałek pergaminu. Wzięłam go do ręki i otworzyłam. W środku była drewniana bransoleta, zdobiona była wypalonymi Irdysami, kwiatami, które zdobiły łąkę na której spędziłam połowę swojego życia, razem z Klausem. Nie mogłam opanować wzruszenia, gdy ją zobaczyłam. Przypomniałam sobie wszystkie piękne chwile spędzone u boku Winterfella i zrobiło mi się smutno. Miałam wyrzuty sumienia po tym, jak go potraktowałam, w końcu zrozumiałam, że postąpiłam za ostro. Dziś jednak wolałam nie wdawać się z nim w dalszą dyskusję i zostawić rozmowę na następny dzień. Posiedziałam jeszcze jakiś czas przy palenisku, po czym wróciłam do namiotu, gdzie wszyscy już spali, więc i ja się położyłam.

      Rano obudziła mnie woda, która spływała po mojej twarzy, jakby ktoś wylał na mnie cały bukłak. Szybko wstałam krztusząc się cieczą, kiedy ujrzałam nad sobą wesołego Dustina.
      - Wstajemy księżniczko – zawołał radośnie. 
      - Dustin? - zapytałam nie mogąc uwierzyć w jego pełnię energii.
      - A co, miałem gnić? Za twardy jestem na leżenie po czymś takim – uśmiechnął się i napiął mięśnie, a ja zaczęłam się śmiać.
      Za Dustinem stał Alec. Miał skrzyżowane ręce i przewracał oczami słuchając brata. Mimo wszystko uśmiechał się i widziałam w jego oczach szczęście, kiedy jego brat znów był skory do życia.
      - Denerith przyniósł w nocy zioła elfickie. To dzięki nim jest w stanie chodzić, co najmniej – wyjaśnił, a ja zrozumiałam, dlaczego nie widziałam Cathaniela poprzedniego dnia. 
      - Elfickie chwasty nie mają tu nic do rzeczy. Po prostu jestem świetny – stwierdził wesoło Dustin i opuścił namiot, idąc w podskokach. 
      - Zaczynam się zastanawiać, czy te zioła nie były pobudzające – zaśmiał się Alec. - Idziemy? Jest w takim stanie, że z jednej strony się cieszę, a z drugiej martwię, że nie wpędzi się w jakieś kłopoty.
      Skinęłam głową i poszłam z Aleciem za jego bratem.
      Tego dnia trenowaliśmy panowanie nad żywiołami, a dzieci Lordów zdecydowały się wyjść z Domu i nas szkolić. Nie było łatwo, zwłaszcza kiedy to Alaric Hyacintho był nauczycielem.
      - Co jest z wami?! Podejrzewam, że wasze babki lepiej by sobie poradziły! Przynosicie wstyd żywiołowi wody! - krzyczał non stop, co nie uszło uwadze innych.
      - Uspokój się Hyacintho, bo jeszcze się zmęczysz – zawołała prześmiewczo Layla Rivendell, która przechodziła obok niego.
      Blondyn spojrzał na nią gniewnie, po czym się uśmiechnął.
      - Ja się nigdy nie męczę, nie ważne czego bym nie robił – powiedział i z zadziornym uśmieszkiem zaczął iść w jej stronę, a ja poczułam do niego jeszcze większe obrzydzenie.
      - Z chęcią się przekonam – podłapała Layla i również zaczęła się do niego przybliżać.
      Wszyscy trybuci dobrze wiedzieli co się szykuje, więc skrzyżowali ramiona i czekali na rozwój wydarzeń. Gdy Layla była już naprzeciwko Alarica, jednym prawie niewidocznym ruchem podpaliła nogawkę jego spodni. Chłopak zaczął nerwowo gasić ogień, co wyglądało dość komicznie i wywołało śmiech wśród trybutów. Widziałam, jak na twarzy Hyacintho pojawił się gniew, w końcu dał się upokorzyć przed ludźmi, którzy mieli mi służyć. Nie pozostawał więc dłużny i szybko cisnął w dziewczynę wodą, która była w stojących nieopodal beczkach. Ta jednak szybko zareagowała i odskoczyła. Ciecz zaczęła wirować wokół jej ciała, które pokryte było płomieniami. Długo razem stali, Alaric naciskał na nią coraz bardziej, a ta coraz więcej wysiłku wkładała w obronę. W pewnym momencie skończyła się jej cierpliwość i wrzasnęła, a zbierający się wokół niech ogień praktycznie wybuchł, rozlewając wodę na wszystkie strony oblewając przy tym trybutów, także mnie i Aleca. Dziewczyna wzięła jeden głęboki wdech i wyprostowała się dumnie, patrząc na Alarica, który starał się unormować oddech i nie dać po sobie poznać, że coś go ruszyło.
      - Zastanawia mnie, czy nie jesteś po niewłaściwej stronie szkolenia, mój drogi – powiedziała z przekąsem, a Alaric mroził ją wzrokiem.
      - A to już skończyliśmy? Myślałem, że na więcej cię stać, Rivendell.
      - Nie chcę cię pozbawiać sił, drogi Alaricu. Musisz jakoś wytrzymać nauczanie swoich trybutów robienia fontanny – rzuciła na odchodne, posłała chłopakowi szeroki, lecz przepełniony ironią uśmiech, odwróciła się i odeszła. 
      Hyacintho odprowadził ją wzrokiem. Widziałam w nim lekką złość, ale także podziw i zainteresowanie. Teraz zrozumiałam co miał na myśli Ephraim podczas podróży do Pierre. Okrutny Alaric Hyacintho mógł, jak on sam sądził, mieć każdą kobietę z wyjątkiem tej jednej, której najwyraźniej najbardziej pragnął. Na swój dziwny, Alaricowy sposób.
      - Na co się tak patrzycie?! Wracać do szeregu! - powiedział po chwili, widząc jak wszyscy patrzą się w jego kierunku. 
      Byłam w parze z Aleciem. My w przeciwieństwie do większości trybutów sami trenowaliśmy, jeszcze przed przyjazdem do obozu. Nasza walka wyglądała bardziej jak zabawa, co irytowało Alarica. Nie interesował go fakt, że my potrafimy już wszystko czego uczył. On chciał zobaczyć krew, prawdziwą walkę. Zastanawiałam się, jak wielkim zwyrodnialcem trzeba być, żeby człowieka bawiło coś takiego. 
      - Dość tej zabawy, nie jesteście dziećmi. Macie atakować! - krzyknął, kiedy stanął obok nas.
      Nie zareagowaliśmy, staliśmy w miejscu, co go wyraźnie zezłościło. Bez wahania cisnął wodę pod moje nogi, co w ułamek sekundy mnie przewróciło. Upadłam na ziemię, a wszyscy na mnie spojrzeli. Alec chciał podejść, lecz Alaric go powstrzymał.
      - Wstawaj – rozkazał groźnie.
      Zacisnęłam szczękę, starając się opanować. Wiedziałam, że nie mogę już dłużej być w centrum uwagi i znieważać kogokolwiek z Lordów i ich dzieci. Posłusznie chciałam wstać, raz, drugi, trzeci. Za każdym razem Alaric ciskał wodę pod moje nogi i uniemożliwiał mi podniesienie się.
      - Kazałem ci wstać – powiedział z uśmieszkiem.
      Próbowałam się podnieść jeszcze dwa razy, lecz sytuacja się powtarzała. 
      - Dość tego.. - usłyszałam głos Dustina i zobaczyłam kątem oka, że chciał do mnie podejść, lecz zatrzymał go Alec, który nie chciał, żeby brat znowu dostał karę.
      Wściekła i bezsilna w końcu zdecydowałam się zagrać w grę Alarica, tak jak zrobiła to Layla Rivendell. Klęknęłam szybko i podniosłam ręce, unosząc wodę z ziemi i cisnęłam nią pod nogi Hyacintho. Jak tylko chłopak upadł na ziemię, stanęłam tuż nad nim i lekko się ukłoniłam.
      - Co tylko rozkażesz panie – powiedziałam starając się nie uśmiechać, lecz śmiech Dustina i Aleca mi na to nie pozwalał.
      Na twarzy Alarica znowu rodziła się wściekłość. Wstał szybko i zaczęła się walka. Alaric nie grał czysto. Robił z wody lodowe strzały i rzucał nimi w moim kierunku bez opamiętania. Ledwo nadążałam z obroną, bo z każdej strony byłam atakowana. Kierując się postępowaniem Rivendell, zrobiłam ogromną tarczę z wody, którą zmieniłam w otaczającą mnie kulę. Czekałam na ten jeden moment, urywek sekundy, w którym zobaczę, jak Alaric zaczyna się męczyć. Po jakimś czasie przerwał, tylko na chwilę. W tym momencie zebrałam w osłonie mnóstwo pocisków Hyacintho i z całej siły skierowałam ją w stronę blondyna. Nie zdążył zareagować, a siła uderzenia była zbyt duża. Uniósł się w powietrze i z impetem uderzył o ziemię. Z jednej strony byłam z siebie dumna, z drugiej strony znowu byłam skazana na jego gniew. Co innego kiedy powala go potężna Layla, córka Lorda Ognia, a co innego kiedy zostaje pokonany przez zwykłego, nic nie znaczącego trybuta, którego to on powinien szkolić. 
      - Dziesięć batów! - wrzasnął Alaric jak tylko wstał, a ja osłupiałam.
      - Z jakiego powodu?! - oburzył się Dustin podchodząc do Hyacintho.
      - Bo tak rozkazałem! - krzyknął blondyn odpychając Griffina.
      Kłócili się nadal, lecz ja już niczego nie słyszałam. Zaniemówiłam i straciłam kontakt z rzeczywistością. Dustin, który przeżył w życiu nie jedno, był bardziej wytrzymały ode mnie, a po pięćdziesięciu batach był ledwo żywy. Dla mnie dziesięć batów będzie jak dla Griffina sto batów i Alaric dobrze o tym wiedział. Z wielką chęcią dałby mi nawet dwieście, lecz też musiał się liczyć z innymi, którzy mogliby zwrócić się przeciw niemu za tak okrutną i tak bezpodstawną karę. W pewnej chwili poczułam jak ktoś chwyta mnie za ramię. Podniosłam głowę i ujrzałam wściekłego Cathaniela.
      - Gdzie jest fa Lannister?! On w życiu się na to nie zgodzi! - krzyknął Dustin.
      - Zdanie Lannistera nic nie znaczy w świetle moich rozkazów – odpowiedział Alaric i zaczął iść w moją stronę. - Odsuń się, elfie. Ciebie to nie dotyczy. I gówno mnie obchodzi, czy kazała ją strzec Lissandra, czy sama Chantico! 
      Alaric chwycił gwałtownie moje ramię i odepchnął Cathaniela, który już sięgał za pas po swój sztylet.
      - Alaricu! Co tu się dzieje? - znikąd doszedł głos Valentine'a, który wraz z Lannisterem podbiegł do nas.
      - Nie mieszaj się do tego bracie – syknął Alaric.
      - Wyznaczył Aryi dziesięć batów! - krzyknął Dustin.
      - Tylko dlatego, że pokonała go w pojedynku – dopowiedział Alec. 
      Cathaniel stanął przede mną, osłaniając mnie swoim ciałem. Był twarzą w twarz z Alariciem, za którym stał Valentine i William. Griffinowie byli obok, gotowi do ataku. Ja jednak słyszałam wszystko jak echo, dalej nie wierząc w to, co miało mnie spotkać.
      - Zamknijcie się, wy głupie psy! - wrzasnął Alaric i zwrócił się do Williama – Dziesięć batów. I ty masz je wykonać.
      Ocknęłam się i spojrzałam na Lannistera. Widziałam w jego oczach niedowierzanie i ból. Wtedy Valentine wyraźnie się zdenerwował, bo podszedł do brata i mocno ścisnął jego ramię.
      - Oszalałeś? Ci ludzie mają dla ciebie walczyć, czcić twe nazwisko. Jak mogą podążać za kimś, kto traktuje ich w tak okrutny i bezpodstawny sposób? Bracie, zastanów się! 
      Valentine się starał, ale wiedziałam, że na kimś tak podłym jak Alaric, nie zrobi żadnego wrażenia.
      - Tak, bracie. Masz rację. Mają dla mnie walczyć, mają mnie czcić, lecz przede wszystkim mają mi służyć, rozumiesz? Są sługusami, nie potulnymi kotkami. Mają mieć do mnie szacunek, drżeć na dźwięk mojego nazwiska. Mają być szkoleni tak, żeby znali swoje miejsce, a przede wszystkim, żeby mieli świadomość jaka kara spotyka tych, którzy są nieposłuszni! - wrzasnął Hyacintho i przybliżył się do Cathaniela, lecz jego zwinnym ruchem osłonił William.
      - Panie, twemu ojcu na pewno nie spodoba się bunt wśród trybutów. Przemyśl to, ta dziewczyna nic nie zrobiła – powiedział spokojnie Lannister, a Alaric się zaśmiał.
      - To doprawdy zabawne, jak wszyscy chcecie uratować tę głupi dziewkę, która hańbi imię mojej i waszej siostry! - wrzasnął Hyacintho patrząc na Valentine'a i Ephraima, który przypatrywał się wszystkiemu z boku. - Jesteście żałośni, ona jest nikim i nikim pozostanie. Mój ojciec za nic ma trybutów, ma wszystko za nic! To ja jestem jego prawowitym potomkiem i to ja ustalam zasady. Jeśli zaraz nie skończycie tego marnego przedstawienia, to z każdym waszym zdaniem dodam jej dziesięć batów! 
      - Dość! Już dość.. - krzyknęłam, zanim ktokolwiek zdążył zareagować.
      Uniosłam głowę i kładąc ręce na ramionach Cathaniela i Williama, odsunęłam ich, by stanąć twarzą w twarz z Alariciem.
      - Jeśli mam dostać dziesięć batów za to, że pokonałam tyrana, człowieka czystej krwi, który cieleśnie karze swą poddaną za umiejętności w walce i który nie jest w stanie się pogodzić ze swoją porażką, niech tak będzie – powiedziałam dumnie i zobaczyłam jak na twarzy blondyna budzi się złość.
      Nawet gdy poczuł się wygrany, znowu przegrał. Uraziłam jego dumę, lecz ja poczułam się pewniej. I to było moją zgubą.
      - Cóż za piękne, długie i rozbudowane zdanie. Pozwól, że podzielę je na dwa – powiedział wesoło już Alaric i podszedł do Lannistera. - Zatem trzydzieści, szykuj się. Będę widział, jeśli będziesz zbyt delikatny, a wiesz, że takie zastępujemy dwoma kolejnymi. 
      Zaczął trzeć ręce i iść powoli w moją stronę, a ja zrozumiałam, że to mój koniec. Wtedy drogę zagrodził mu Cathaniel.
      - Nie mogę ci na to pozwolić, Alaricu Hyacintho, synu Marcusa, władco wody. To bestialstwo – powiedział Denerith nie pozwalając mu się do mnie zbliżyć.
      - Powiedziałem, to nie twoja sprawa, elfie. Idź pobiegać ze zwierzątkami w lesie, albo licz listki na drzewie, nie obchodzi mnie to. Masz odejść!
      - Tak, mój drogi, masz rację. Wolałbym teraz biegać po lesie. Im bardziej poznaje ludzi, tym bardziej kocham zwierzęta. I nie mogę pozwolić ci na takie okrucieństwo – powiedział Cathaniel, lecz czułam, że nie jest w stanie nic wskórać. 
      - Dośc tego. Strażnicy Moilevierii, złapcie go. Chcę, żeby patrzył na twarz tej dziewczyny, gdy kara będzie wymierzana. I odprowadźcie moich braci do Domu, zdaje się, że zrobili się senni – powiedział i skinął na strażników. 
      Ci zwinnym ruchem ogłuszyli Valentine'a i Ephraima, których przerzucili przez ramiona i zanieśli ich do Domu Czterech Żywiołów. Reszta próbowała schwytać Cathaniela, lecz nie było to łatwe. Elf był szybki i zwinny. Z łatwością powalał każdego z napastników, lecz zaczęło się ich robić za dużo. W końcu ścisnęli go w żelaznym uścisku, z którego nie dał rady się wyślizgnąć. Bracia Griffin rzucili się na ratunek, lecz oni zostali szybko schwytani w wodne, kuliste pułapki i zawieszeni wysoko nad ziemią. Znikąd pojawił się Klaus, lecz gdy próbował rzucić się na Alarica, szybko został powalony i uwięziony jak dwaj bracia. Nie starałam się uciec, bronić, atakować. Wiedziałam, że to już nie ma sensu. Alaric był nieprzewidywalny, a jego strażnicy zbyt liczni. Nie było dla mnie żadnego ratunku.
      - Panie przodem – uśmiechnął się Hyacintho i wskazał ręką drewniany słup, do którego wcześniej przywiązany był Dustin. 
      Stanęłam przed nim, a Alaric kopnął mnie w plecy, tak, że upadłam na ziemię. Słyszałam stłumione krzyki Griffinów, a także płaczliwy ton Cathaniela. 
      - Wstawaj!
      Podniosłam się bez słowa, stojąc zaraz obok pala. Drewno pokryte było zaschniętą krwią. Krwią Dustina. Oderwałam szybko wzrok i spojrzałam przed siebie. Stali tam strażnicy, trzymając kurczowo Cathaniela. Patrzył na mnie wzrokiem przepełnionym bólem, współczuciem i bezsilnością. Wtedy Alaric kopnął mnie znów, lecz tym razem przycisnął mnie mocno do drewna. Podszedł bliżej i przywiązał wysoko ręce. Ledwo dotykałam nogami ziemi i zaczęłam się trząść ze strachu. Dopiero teraz ogarnęło mnie przerażenie i panika. Patrzyłam na Cathaniela, lecz jego wzrok przepełniony bólem wcale nie dodawał mi otuchy. Wtedy zobaczyłam, jak Alaric idzie w jego stronę.
      - Bardzo dobrze elfie. Patrz i podziwiaj – uśmiechnął się i klepnął elfa w ramię. - Skoro wszyscy jej tak pragniecie, zobaczmy, cóż ma takiego do zaoferowania!
      Podszedł do mnie szybkim krokiem i stanął za mną. To była sekunda, kiedy chłopak zdarł ze mnie ubranie i rzucił je w bok. Zamknęłam oczy i zaczęłam płakać. Czułam się upokorzona, zniszczona. Ale to było nic w porównaniu z tym, co po chwili miało mieć miejsce.
      - Alaric, błagam.. - powiedział cicho William, którego głos słyszałam niedaleko za sobą.
      - Zamilcz. Patrz, nawet niezłe ma ciało. Już wiem, czemu tak wszyscy ją wielbicie – zaśmiał się Hyacintho. - Do dzieła, Lannister. 
      - Nie mogę, nie zrobię tego – zaprzeczył William i nastała cisza.
      - Nie? A może ja mam to zrobić? - zapytał po chwili Alaric, ale nie doczekał się odpowiedzi.
      Dobrze wiedziałam, że Lannister nie pozwoli Hyacintho mnie zbić. Tak jak Khalowi nie pozwolił wymierzyć kary Dustinowi. To chore, że byłam właśnie wdzięczna człowiekowi, który ma wymierzyć mi trzydzieści batów. Co to miejsce robi z ludźmi?! Nienawidzę Pierre. Nienawidzę Lordów. Nienawidzę Alarica Hyacintho. W tym momencie przysięgłam sobie, że jego głowa będzie dekorować żywopłot mojego przyszłego domu. 
      - Trzydzieści batów. Zaczynamy zabawę – usłyszałam głos Alarica. - Skaźmy trochę to idealne ciało.
      Nie otwierałam oczu, nie byłam w stanie. Wszyscy widzieli mnie nagą, bezbronną, upokorzoną, a zaraz zobaczą mój największy upadek. Byłam niczym w tamtej chwili. Żywym mięsem, pokrojonym w imię niczego. 
      Jeden. Powstrzymywałam się od krzyku. Ból był znośny, czułam, że William stara się nie zrobić mi krzywdy, lecz to nie uszło uwadze Alarica, który chciał go od razu zastąpić.
      Dwa. William mu na to nie pozwolił. 
      Trzy, cztery. William zaczął bić szybciej, żebyśmy i ja i on, mieli to za sobą. 
      Pięć, sześć. Nie mogłam opanować łez. Wyginałam się z bólu, plecy piekły jakby ktoś rzucał w nie rozżarzonym węglem. 
      Siedem, osiem. Robiło mi się coraz goręcej, traciłam świadomość. 
      Dziewięć, dziesięć. Poczułam jak skóra na moich łopatkach pęka. Stróżki ciepłej krwi spływały mi po ciele, a ja czułam jakby wypływało ze mnie życie. 
      Jedenaście, dwanaście, trzynaście. Skóra pękała wszędzie, a krew tryskała. Czułam jak włosy nasączają się czerwoną cieczą. Krzyczałam bez opamiętania. 
      Czternaście, piętnaście, szesnaście. Straciłam wszelkie siły. Nie byłam nawet w stanie próbować stać na nogach. Wisiałam bezwładnie, a nadgarstki zaczęły piec od przywiązanego do nich sznura. Piasek pod stopami zaczął się robić mokry, a w uszach dudniło mi echo różnych krzyków. 
      Siedemnaście, osiemnaście, dziewiętnaście. Już nie czułam narastającego bólu, bo nie mógł być już gorszy. Wiatr wiał na moje otwarte rany i czułam chłód we wnętrznościach. Szczypanie, rwanie, pieczenie nie do opisania, nie do przeżycia. 
      Dwadzieścia, dwadzieścia jeden. Uderzenia słabły, lecz ból nie. Traciłam kontakt z rzeczywistością. Moje stopy kleiły się od mokrego, czerwonego piachu. Nadgarstki również zaczęły krwawić. Przestałam liczyć kolejne baty, bo czułam, że zaraz zemdleję. Nie miałam już siły krzyczeć, wierzgać się. Po prostu wisiałam, pozwalając krwi zalać całe moje ciało. Stłumione krzyki i głosy, których nie byłam w stanie rozpoznać odbijały się niewyraźnym echem. Uderzenia w końcu ustały i po chwili poczułam jak upadam na ziemię, a głowa zanurza się w piasku. Czułam jak zapadam się, niczym w bagnie. Ból stał się moją rzeczywistością i zapomniałam już jak to jest go nie czuć. Zaschło mi w gardle, a przed oczami miałam ciemność. Moje ciało płonęło, wyssane z życia.
  
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zaczyna się robić dość brutalnie, wybaczcie mi!
Niestety, taka jest rzeczywistość Ithyser.
Rozdział pisałam będąc w lesie na działce.
Chyba natura nie działa na mnie kojąco, patrząc na wyniki pracy ;)
Mam jednak nadzieję, że rozdział troszkę zszokował i wciągnął.
Co sądzicie? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Hope Land of Grafic